sobota, 23 maja 2015

Pure Love: Rozdział 1

Z mocno bijącym sercem podszedł nieco bliżej czekając aż starszy chłopak go zauważy. Ku jego rozczarowaniu nie zamierzał zwrócić na niego uwagi. Podszedł jeszcze bliżej. Ciemnowłosy spojrzał na niego z wyższością.
- Ty jesteś ten Dawid z 2K? - spytał mierząc go wzrokiem.
- Owszem.
- Świetnie. Mam teraz jakieś… - spojrzał na wyświetlacz telefonu. - Trzy godziny. Daleko masz do domu?
- Eee... Jakieś pół godziny drogi?
- Za dużo. No trudno pójdziemy do mnie.
Ruszył z miejsca nie zwracając uwagi na Dawida. Blondyn lekko zaskoczony ruszył za nim nie widząc lepszej opcji.
Ciemnowłosy szedł szybkim, rytmicznym krokiem. Mimo, że Kuba był od niego niższy i miał mniejsze kroki, trudno było mu się z nim zrównać. Po niecałych 10 minutach rozpoznał osiedle, gdzie jeszcze niedawno uczęszczał na lekcje gitary. Chłopak podszedł do najbliższej klatki i otworzył do niej drzwi.
- Wchodź. - mruknął przepuszczając go.
Dawid skorzystał z zaproszenia i już po chwili stał w chłodnym, ciemnym korytarzu i zaczął powoli wchodzić po schodach. Kuba zaraz go wyprzedził, wracając do poprzedniego, szybkiego tempa. Zrezygnowany blondyn starał się dotrzymać mu kroku, jednak dosyć szybko się zmęczył.
- Zwolnij trochę. – poprosił.
W odpowiedzi zobaczył pogardliwy uśmiech starszego chłopaka, który mimo wszystko go wysłuchał i znacznie zwolnił. Na najwyższym piętrze stanęli przed ciemnobrązowymi, dębowymi drzwiami, a niższy chłopak wyjął z kieszeni klucze, jednak te wypadły mu z ręki. Dawid szybko się po nie pochylił, przez co wypiął w kierunku chłopaka tyłek. Całkiem zgrabny tyłek, jak zauważył Kuba.
W końcu znaleźli się w jasnym korytarzu, jednak blondyn nie miał czasu się porozglądać gdyż od razu został pociągnięty w stronę pokoju starszego. Jak się okazało, ścian nie było widać z pod licznych plakatów z zespołami, a czarne półki były zapełnione płytami. Obok stało biurko zawalone papierami, jednak w pomieszczeniu panował wręcz idealny porządek. Na przeciwko drzwi stało łóżko z niebieską pościelą w samochodziki. Na ten widok Dawid uśmiechnął się, jednak powstrzymał się od komentarza.
Szatyn posadził go na krześle przy biurku, a sobie przysunął drugie.
- No to wyciągaj podręcznik i zaczynamy.
Blondyn nie poruszył się. Zirytowany Kuba założył ręce na piersi.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że na lekcje z  Siekaczem nie wziąłeś podręcznika?
- Eeee…  No właśnie...
Kuba westchnął wstając. Podszedł do jednej z półek i otworzył drzwiczki. Za nimi znajdowały się idealnie poukładane książki o tematyce geograficznej w tym podręczniki od 1-3 klasy. Wyjął poszukiwaną książkę po czym ponownie usiadł.
- Pokaż mi co ostatnio robiliście. - mruknął.
Dawid wziął książkę zaczynając ją niepewnie kartkować. W końcu zatrzymał się na końcu drugiego działu i spojrzał niepewnie na swojego korepetytora. Ten tylko zagwizdał cicho.
- Ale was profesor ciśnie. Daleko już jesteście, co znaczy, że mamy dużo do nadrobienia. Eh. No dobrze może zacznijmy od tego, że powiesz mi co ci nie idzie.
-  Łatwiej powiedzieć z czym sobie radzę.
- Pierwsza​ klasa też?
 Blondyn skinął głową bez słowa. Kuba przyniósł podręcznik do klasy pierwszej i otworzył na pierwszym temacie przysuwając się do Dawida nieco zbyt blisko.
Blondyna przeszedł lekki dreszcz.
 "Cholera, Ariel, przecież nie jesteś pedałem!" zbeształ się w myślach za stwierdzenie, że z bliska jest on przystojniejszy.​ Potrząsnął lekko głową na ocucenie. Ze zdziwieniem stwierdził, iż brunet patrzy na niego z mordem w oczach.
- Powtórz co powiedziałem. - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Eeeeee... - zaciął się,
- Myślę, że nie mamy po co się spotykać. Marnujesz mój cenny czas.
Kuba odsunął się od niego znacznie, następnie wstał. Odłożył książkę z powrotem na półkę, po czym biorąc do ręki gitarę opadł na łóżko.
Zaskoczony Dawid wpatrywał się tępo w ścianę, musiał przetworzyć co się właśnie stało. W tym czasie drugi chłopak zaczął cicho grać na gitarze co natychmiast zwróciło uwagę blondyna. Nie śmiał się odezwać oczarowany wszystkimi dźwiękami wydobywanymi przez zręczne palce szatyna. Mógłby słuchać tego cały dzień, jednak przerwał mu zirytowany głos Kuby:
- Nie powinieneś już wyjść?
- No ale jak to marnuje twój czas?! - zapytał oburzony. - Chyba obiecałeś mi pomóc.
- Starałem się, ale ty nawet nie próbujesz mnie słuchać. Tu nie ma czego ratować.
Pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
Dawid wstał smętnie i już miał wyjść z pokoju, gdy jego uwagę przykuła jedna z płyt. Natychmiast podszedł do półki.
- Xentrix? - spytał zdziwiony biorąc do ręki winyl. - Zostało ich wydane przecież tylko 100 sztuk...
- Nie dotykaj! - ciemnowłosy podniósł się jak opatrzony. Szybko odłożył gitarę na łóżko i nawet nie wiadomo kiedy zjawił się za Dawidem zabierając mu z rąk drogocenną płytę. Przetarł okładkę rękawem, po czym odstawił ją na miejsce.
- Nie spodziewałem się, że słuchasz thrash metalu.- zaczął rozmowę wyższy.
- Szczenięce czasy gimnazjum, wtedy robiło się różne głupoty. - odburknął.
- Głupoty? Thrash jest przecież życiem i miłością!
Szybko ucichł widząc pełne politowania spojrzenie towarzysza. Pogładził palcami bródkę, po czym odparł krótko:
- Thrash to kupa.
Usłyszawszy to Dawidowi samoistnie opadła szczęka. Spodziewał się konstruktywnej krytyki ze strony Kuby, a usłyszał jedno krótkie zdanie, które zwaliło go z nóg. Widząc jego reakcję, ciemnowłosy chłopak uśmiechnął się.
- Kiedyś może wyrośniesz z tej dziecinady, gdzie każdy kłóci się o zespoły. Odkąd się z tego wycofałem czuję się szczęśliwszy. Brutal death i DSBM to jest coś.
- Taa? – w głosie blondyna można usłyszeć było lekką, prowokującą nutkę drwiny.
- Och wybacz, zapomniałem, że jest to zbyt ostre dla dzieci thrashu.
Dawid już miał coś odpowiedzieć, ale zamknął usta i wyszedł z pokoju.
- Nie będę się kłócił z idiotami. - powiedział do siebie, jednak Kuba to usłyszał i prychnął.
Zatrzasnął drzwi do swojego pokoju. Blondyn również chciał to zrobić wychodząc, ale powstrzymał się. Cudzymi drzwiami nie wypada.

Wybiegł na dwór i nerwowym, szybkim krokiem skierował się do swojego domu.
"Nie będzie mnie, deszczowiec jebany, pouczał, takiemu to nie przemówisz do rozsądku jak sie uprze przy swoim." - myślał idąc chodnikiem. - "Chociaż może za bardzo się oburzam? W końcu każdy może mieć swoją opinię... No ale, argh, on jest taki uparty i do tego seksowny…" W
 tym momencie przystanął. Oparł się o drzewo, ale po chwili znowu ruszył.
"Nie jesteś pedałem, miałeś dziewczynę. Ba! Nawet dwie. To nic, że jedna nie wiedziała, że z nią chodzisz. Nie jesteś pedałem" mijający go ludzie mierzyli go wzrokiem, gdyż co jakiś czas przeklinał pod nosem.
Wsiadł do pierwszego autobusu jadącego w kierunku jego domu i zaczął się uspokajać. Teraz pojawiły się wyrzuty sumienia, Klaudia się starała, załatwiła mu korepetytora a on wszystko zepsuł. Chyba będzie musiał przeprosić Kubę. Wolał nie narażać się przyjaciółce, która czasami potrafiła być naprawdę straszna.
- Wróciłem! - oznajmił wchodząc do domu, jednak nikt mu nie odpowiedział.
Mama pewnie musiała zostać dłużej w pracy. Nie miał jej za złe, że prawie nie było jej w domu jednak czasem to było... Przytłaczające. Usłyszał telewizor więc wszedł do salonu gdzie zastał swoją 8-letnią siostrę śpiącą na kanapie. Musiała zasnąć w trakcie oglądania bajki. Wziął ją delikatnie na ręce i zaniósł z uśmiechem do jej pokoju. Położył ją na łóżku i przykrył po czym cicho zamknął drzwi.
Zmęczony po całym dniu dosłownie wrzucił plecak do swojego pokoju, po czym zbiegł do kuchni. Było to dość spore pomieszczenie do połowy ścian wyłożone białymi kafelkami. Liczne szafki były białe, jakby wyrastały ze ścian, miały czarne wykończenia. Tego samego koloru były blaty. Skierował się w lewo do małej spiżarki. Wziął z niej jabłko a z szafki Twix’a. Wrócił szybko do pokoju zabierając się za swoją zdobycz. Chwilę po jedzeniu zebrał się do łazienki. Wziął szybki prysznic po czym ubrał w spodenki i starą koszulkę. Rozczesał mokre włosy postanawiając pozwolić im samym wyschnąć. Dotelepał się do swojego łóżka i natychmiast zasnął.
Minęło zaledwie pół godziny gdy poczuł szarpanie za rękaw. Otworzył z wysiłkiem oczy. Ujrzał swoją siostrę z misiem w ręku i łzami w oczach.
- Hej co się stało?- spytał łagodnie, podnosząc się do siadu.
- Boję się - powiedziała cicho.
- Śnił ci się koszmar?
Dziewczynka bez słowa skinęła głową.
- Zaraz coś poradzimy.
Wstał z łóżka ignorując protest zmęczonego ciała i bolącej głowy. Wziął siostrę za rączkę po czym zaprowadził do jej pokoju. Było to bardzo przytulne pomieszczenie. Ściany miały kolor zieleni a podłoga była drewniana. Nad łóżkiem znajdowało się duże okno z widokiem na miasto. Jak na pokój 8-latki, dużo miejsca zajmowały tu półki, w tym wypełnione książkami, choć i misie się zdarzały. Obok łóżka stało biurko a na nim najnowszy laptop, telefon i tablet. Pomógł dziewczynce ułożyć się w łóżku po czym zgasił światło pozostawiając tylko stojącą na biurku lampkę. Sam usiadł na podłodze przy siostrze.
- Spróbuj zasnąć, dobrze? - odezwał się. - I nie bój się, jestem tu.
- Dziękuję. - powiedziała dziewczynka zamykając oczka. - Dobranoc braciszku.
- Dobranoc. - odpowiedział, jednak ona już zasnęła.
Postanowił zostać chwilę by zasnęła na dobre, jednak nie zdążył wyjść, bo i jego dopadł twardy sen.
Około wpół do pierwszej w nocy został obudzony przez dość mocne wibracje swojego smartfona, którego trzymał w kieszeni spodni, niebezpiecznie blisko krocza. Szybko wyszarpał go, nie patrząc nawet na wyświetlacz odebrał i wymamrotał półszeptem:
- Halooo?
- WJEBAĆ CI IDIOTO? JA SIĘ TU PRODUKUJĘ, STAJĘ NA GŁOWIE ŻEBY CI KORKI ZAŁATWIĆ, A TY CO WYPRAWIASZ?! - usłyszał w słuchawce krzyk swojej przyjaciółki. Odsunął urządzenie od ucha, coby nie narażać się przypadkiem na ogłuchnięcie.
- Zamknij się, jest po północy.
- Młoda godzina. - prychnęła.
Dawid pokręcił głową z zażenowaniem. Szybko wstał i wyszedł na palcach z pokoju, aby nie zbudzić młodszej siostry, Szybko skierował się do swojego pokoju.
Było to najmniejsze pomieszczenie w całym domu, gdyż niegdyś znajdowało się tu biuro jego ojca. Po lewej stronie mieściło się łóżko, zaraz przy nim szafa i półki z książkami, a przy prostopadłej ścianie tuż przy oknie znajdowało się biurko zawalone milionami różnych notatek. Podłogi nie było widać spod sterty walających się wszędzie ubrań, a ściany od sufitu aż do podłogi obklejone były plakatami.
Chłopak szybko zamknął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko.
- Sorry że tak wyszło. - odpowiedział, tym razem jednak głośniej. - Sprowokował mnie.
- Ostrzegałam, że jest inny. - wysyczała rudowłosa. - Jutro masz u niego ostatnią szansę. Nie spierdol tego.
Już miał coś odpowiedzieć, jednak usłyszał tylko sygnał przerwanego połączenia. Westchnął głośno.
- Chyba nie chcę drugiej szansy… - zrezygnowany przewrócił się na brzuch okrywając kołdrą. Plecy go bolały po kilku godzinach spędzonych na podłodze w pokoju siostry. Jutro miał geografię, powinien się pouczyć. Włączył muzykę żeby nie zasnąć i z cichym jękiem położył głowę na poduszce. Nie dane było mu jednak odpocząć, bo po chwili znów rozdzwonił się jego telefon.
- Czego? - Odezwał sie zirytowanym głosem. Jakim prawem wszyscy mu przeszkadzają?
- Może trochę grzeczniej.
Dzwonił Kuba. Z nim to już szczególnie nie chciał dziś rozmawiać.
- Skąd masz mój numer?
- Klaudia mi dała. - powiedział jak gdyby nigdy nic.
- A to jędza… Nie dzwoni się o pierwszej w nocy. - powiedział Dawid z wyrzutem
- Noc jeszcze młoda.
- Zmówiliście się czy jak? Ech nie, nic, nie ważne. - zapewnił szybko słysząc z telefonu tylko nieporadne "Eeeee?"
- W każdym bądź razie znaj moją łaskę, jutro masz ostatnią szanse. O której kończysz?
Blondyn chciał prychnąć, jednak w głowie zobaczył wściekłą minę Klaudii i jedynie zacisnął usta.
- O 14.
- Ach, to poczekasz na mnie godzinkę.
- Tak, tak, mogę zaczekać.
- To dobrze.- odparł  z wyższością - Pójdziemy do mnie, tym razem nie zapomnij podręcznika.
- Jakże bym śmiał. - odpowiedział z pogardą blondyn, jednak szybko się zreflektował. - Znaczy tak, jasne, nie zapomnę.
Usłyszał po drugiej stronie chichot i aż się w nim zagotowało.
- Do jutra. - rozłączył się.
Miał już dość jak na dzisiaj. Był zmęczony, obolały i wkurzony. Wyłączył radio i położył się spać.
"Kolejna jedynka i tak nie zrobi mi różnicy." pomyślał zasypiając.

Nazajutrz obudził się z potwornym bólem głowy. Ledwo otworzył oczy a natychmiast musiał zakryć je poduszką, gdyż wpadające przez okno promienie wschodzącego słońca oślepiły go. Szybko jednak przypomniał sobie, że czeka go bardzo ciężki dzień.
 Powoli, z lekkim ociąganiem, wstał z łóżka i sięgnął po leżący na biurku telefon. Spojrzał na wyświetlacz i z przerażeniem stwierdził, że jest już dziesięć po siódmej. Poszedł szybko do łazienki po drodze zabierając ze sobą spodnie i pierwszą lepszą koszulkę. W pięć minut był już ubrany a włosy miał rozczesane, spięte luźno w niskiego kuca.
Wypadł z pokoju jakby go coś goniło i zajrzał do swojej siostry. Dziewczynka jeszcze spała. Zapukał we framugę by ją obudzić.
Po chwili Nina otworzyła oczka. Na widok Dawida uśmiechnęła się.
- Wstawaj księżniczko. - powiedział cicho. - Zaraz musimy iść do szkoły.
- Dobrze braciszku. - odpowiedziała przecierając oczka.
Blondyn wycofał się z jej pokoju biorąc po drodze swój plecak. Ponownie spojrzał na telefon. Siódma dwadzieścia, niedobrze. Bardziej zbiegł, niż zszedł, po schodach na dół do kuchni. Wyciągnął chleb, dżem i masło orzechowe. W tempie ekspresowym posklejał kanapkę dla siostry, przekroił na pół i spakował do niebieskiego pudełeczka z wróżkami. Następnie zrobił dwie dla siebie. Do plecaków wrzucił jeszcze po Twixie na później.
Gdy tylko skończył prace nad śniadaniem pojawiła się Nina. Miała na sobie niebieską sukieneczkę z białą wstążką w pasie, której koniec opadał na podłogę. Jej włosy były rozczochrane a w rączce ściskała różową szczotkę.
- Braciszku… - powiedziała patrząc na niego smutno. - Gdzie mama?
- W pracy kochanie. Pomóc ci?
Dziewczynka skinęła głową.
Chłopak usadził dziewczynkę na jednym z krzeseł po czym wziął od niej szczotkę. Delikatnie jak tylko się dało rozczesywał jej długie, blond włosy. Następnie zaplótł w warkocz francuski. Na końcu gumkę obwiązał białą tasiemką i związał w kokardkę końce paska sukienki. Następnie zaprowadził Ninę do stojącego w przedpokoju lustra.
- Może być? - spytał niepewnie.
- Jest​ ślicznie! Dziękuję braciszku!
 Dziewczynka przytuliła nieco zaskoczonego Dawida.
- No dobrze, dobrze. Teraz leć ubierać buciki.
- Okej!​
Wrócił do kuchni by spakować swoje kanapki i wziąć pudełko dla siostry. Następnie sam ubrał buty przyglądając się jak dziewczynka pakuje śniadanie.
- Gotowa?
- Tak. ​
Zarzucił plecak na ramię. Wyszli z domu po czym zamknął drzwi na klucz. Nie patrzył już na zegarek. Najpierw musi odprowadzić siostrę, a przez to na pewno spóźni się na wf.
Mówi się trudno. I tak nie miał zamiaru dzisiaj ćwiczyć. Miał serdecznie dość uwag wfisty na temat jego włosów, przez które został wręcz znienawidzony przez nauczyciela. Nie obchodziło go to, że miał całkiem dobrą kondycję i na lekcjach radził sobie świetnie. Według niego musiał ściąć kuca, by cokolwiek znaczyć. W snach.
Za piętnaście ósma wraz z siostrą dotarli do jej szkoły. Był to wielki, jaskrawożółty budynek z czerwonym dachem. Wejście główne prowadziło na mały hol, wypełniony po brzegi uczniami klas od cztery do sześć, bawiących się w różne gry czy też próbujących dopchać się do szkolnego sklepiku, aby kupić jakieś niezdrowe jedzenie za wyproszone u rodziców drobniaki. Dawid szybko przeprowadził siostrę przez rój starszaków, kierując się w stronę schodów. Szybko wybiegli na 2 piętro, gdzie znajdowały się oddziały klas młodszych. Odprowadził Ninę pod salę 32, po czym uściskał mocno.
- Przyjdę po ciebie troszkę później niż zwykle. - oznajmił z troską w głosie. - Będziesz musiała iść z panią Ewą na świetlicę.
Mała wyraźnie posmutniała.
- A mama? - spytała z nadzieją w głosie.
- Mama pra...
- Wiem, pracuje. - przerwała mu, robiąc smutną minkę.
- Postaram się być chwilę po 16. Przepraszam.
Wchodząc do swojej szkoły z nieskrywanym smutkiem wspominał zawiedzone spojrzenie swojej ukochanej siostrzyczki. Mimo wszystko miał nadzieje, że ta z czasem zrozumie, że rodzice dla nich się tak wysilają.
Dotarł do sali gimnastycznej i wszedł nie pukając.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - wyrecytował formułkę. - Mógłbym klucz do szatni?
- Tak, wisi przy drzwiach, przy okazji odnieś do pokoju nauczycielskiego​ dziennik 3F.
 Dawid posłusznie zabrał oba przedmioty i skierował się w stronę szatni. Zostawił plecak po czym udał się na wyższe piętro w celu odniesienia dziennika.
Gdy chwycił za klamkę, drzwi gwałtownie się otworzyły a jakiś niski chłopak się z nim zderzył.
- Uważaj jak leziesz! - odparł nieprzyjemnie biorąc go za pierwszoklasistę. Spojrzał w dół i napotkał złośliwy uśmiech Kuby
- To tak odnosi się do swojego nauczyciela?
- Ech, nieważne, widzimy się po lekcjach.
Blondyn wcale nie miał zamiaru z nim przebywać więcej, niż było konieczne. Spróbował go wyminąć, jednak ten zastąpił mu drogę.
- Czego znowu?
- Mogę wziąć co moje? - szatyn wskazał na, jak zauważył Dawid z zażenowaniem, jego krocze.
Spojrzał w dół i z ulgą stwierdził, że Kuba miał na myśli dziennik.
- Tak, jasne. - wepchnął mu go w ręce, po czym szybkim krokiem odszedł. Gdy się obrócił, zobaczył zadziorny uśmiech szatyna i natychmiast wykonał ponowny zwrot.
- Cholera, zorientował się. - przyśpieszył jeszcze bardziej i już po chwili wchodził na sale gimnastyczną.
Wrócił na salę przeklinając pod nosem cholernego szatyna. Cały wf przesiedział na odganianiu od siebie myśli o korepetytorze.
W połowie drugiego wf-u pan Janowski poprosił go o poskładanie paletek do ping ponga od uczniów grających przed salą gimnastyczną, gdzie znajdowały się dwa stoły. Posłusznie odebrał gimnazjalistom paletki, po czym odniósł do kantorka.
- Hejo! - chłopak drgną nerwowo przeżywając mały zawał serca słysząc głos Klaudii.
- Znowu się zrywasz? - spytał chłopak opierając się o przeciwległą ścianę.
- Nie, nie dziś. Tylko wf odpuszczę. - odpowiedziała wskazując wyładowaną kostkę i teczkę A3 leżące obok.
- Lekcje z Labdą?
 - Yhym. - dziewczyna miętoliła w palcach stokrotkę zebraną po drodze.
- Hej, wszystko gra?- spytał zdziwiony jej zachowaniem Ariel.
- Tak. - jej głos nie brzmiał zbyt przekonująco.
Wstała, by ukryć jakby cień zmartwienia na swojej twarzy. Podeszła do blondyna i wsunęła mu kwiatek we włosy.
- Nic mi nie jest.
Nie odpowiedział. Ruda wzięła swoje rzeczy po czym pomaszerowała w stronę starego skrzydła szkoły. Była świetna w ukrywaniu smutku, jednak tym razem. Dawid był pewny, że coś jest na rzeczy.
 Zadzwonił dzwonek. Nauczyciel wyszedł z sali jako pierwszy i podał mu kluczyk do szatni. Ten cicho podziękował po czym poszedł otworzyć reszcie klasy.
Dawid nawet nie zauważył kiedy minęły pozostałe lekcje, a on sam skierował się do wyjścia ze szkoły. Rozglądnął się po oświetlonym placu i zaciągnął się powietrzem.

- No to godzinka dla mnie. - powiedział sam do siebie, jednak nie miał pomysłów co mógłby zrobić. Podszedł do dębu rosnącego przed szkołą, usiadł na ławce, włożył w uszy słuchawki i zamknął oczy.

niedziela, 17 maja 2015

Pure Love: Prolog

W ramach przeprosin za brak kolejnej części "Wybranego" (która notabene jest już napisana), publikujemy prolog nowej serii. Wracamy w klimaty yaoistyczne. Enjoy! :>

***

Początek tego roku szkolnego nie był dla Dawida tak obiecujący, jak planował to w wakacje. Już na drugiej lekcji geografii został wezwany do odpowiedzi.
- Nie załamuj mnie, Leśniak. Miałeś do nauki jedną lekcję. Siadaj, pała. - wycedził profesor Siekacz, stawiając w jego zeszycie ogromną, czerwoną jedynkę.
Chłopak zacisnął usta w cienką linię i wrócił do ławki. Odgarnął kosmyk długich, niesfornych blond włosów za ucho, odwracając głowę w stronę okna. Ta klasa była dla nim jednym wielkim nieporozumieniem. Przeklinał siebie w myślach za to, że wybrał profil, gdzie rozszerzona była geografia tylko ze względu na wizję pewnej, dobrze płatnej pracy w przyszłości.
Jako iż w gimnazjum ten przedmiot szedł mu całkiem nieźle myślał, że sobie poradzi, jednak pan Siekacz przy każdej okazji uświadamiał go, że tak nie jest. Od jakiegoś czasu myślał o korepetycjach, ale nie chciał prosić o nie nauczyciela.
Zamyślony wpatrywał się w okno, gdy coś przykuło jego uwagę. Pod drzewem stał uczeń z czarnym papierosem w ustach i długim, ciemnym kucykiem opadającym mu luźno na plecy. Jak dla niego całkiem przystojny. W tym momencie szatyn odwrócił się w jego kierunku i Dawid zobaczył jego stalowoszare oczy.
- Leśniak! Skoro masz czas spoglądać w okno to z pewnością wiesz o czym przed chwilą mówiłem. - Z zamyślenia wyrwał go głos znienawidzonego nauczyciela. Tak, ten rok z pewnością dobry nie będzie.
Blondyn nerwowo rozejrzał się po klasie, szukając jakiejkolwiek pomocy ze strony rówieśników. Ta jednak nie nastąpiła. Został zalany falą spojrzeń pełnych rozbawienia, politowania i pogardy.
- Ew... - bąknął spuszczając wzrok do książki, która była jego ostatnią deską ratunku. - Mówił pan o rodzajach skał  występujących w Polsce.
- Leśniak... - wysapał poirytowany mężczyzna. - Dostajesz jedynkę za pracę na lekcji. Był to temat omawiany na geografii w klasie p i e r w s z e j.
- Stary, wziąłeś złą książkę. - usłyszał szept siedzącego przed nim Konrada, który od jakiegoś czasu obserwował go przez ramię.
Miał rację. Z pośpiechu zabrał ze sobą zeszłoroczny podręcznik, zamiast aktualnego.
- Dzięki, że dopiero  teraz mnie o tym powiadomiłeś. - warknął, po czym zaczął się jakby nigdy nic pakował. Z nonszalancją wstał, przerzucił plecak przez ramię i nie zważając na nauczyciela wyszedł z sali, kierując się do budynku gimnazjum, gdzie czekała go kolejna lekcja. Będąc na dziedzińcu rozejrzał się jeszcze, jednak po widzianym wcześniej chłopaku nie było śladu.
Na schodach w drugim budynku zastał wysoką dziewczynę, która plotła wianek z bukietu stokrotek leżącego na zgniłozielonej torbie z naszytymi naszywkami punkowych zespołów. Miała długie, kręcone rude włosy, które opadały jej na twarz, a ubrana była w za dużą koszulkę z Nirvaną, legginy i buty na 7 centymetrowych platformach.  Na dźwięk jego kroków podniosła wzrok znad robótki.
- Dawid? Nie powinieneś być na geografii? - spytała zdziwiona, poprawiając palcem przyciemniane lenonki które zsunęły jej się z nosa.
- A ty? - odpowiedział trochę arogancko, rzucając plecak obok przyjaciółki. Po chwili jednak trochę ochłonął
- Siekacz mnie wkurwił. - mruknął opierając się o ścianę. - Dwie pały w ciągu 10 minut.
- Niedobrze... - mruknęła wracając do pracy nad swoim wiankiem.
- Niedobrze? Tylko tyle masz do powiedzenia?!
Rudowłosa przed dłuższą chwilę nie odpowiedziała, próbując dobrać odpowiednie słowa tak, aby jej przyjaciel nie poczuł się urażony. Po około 5 minutach wstała i położyła skończony wianek na jego rozczochraną czuprynę.
- Nie. Po prostu się o ciebie martwię Ariś. - specjalnie użyła zdrobnienia jego gimnazjalnej ksywki - Ariel. Odkąd poszli do liceum była ostatnią osobą która tak się do niego zwracała. - Nie radzisz sobie. Rok temu cudem przeszedłeś.
- To nie moja wina, tylko tego idioty. Nie umie tłumaczyć. - żachnął się poprawiając fryzurę. Włosy za pas były dość kłopotliwe w utrzymaniu.
- Twoja też. Potrzebujesz korepetycji. - dziewczyna skrzyżowała ręce. - I żadnego ale. Nawet wiem, kto mógłby ci ich udzielić.
- Taa? Kto niby?
- Kuba. Kuba Felga z 3F.
- Że kto kurwa?
- Zeszłoroczny finalista kuratoryjnego konkursu geograficznego i oczko w głowie naszego wychowawcy. Nie znasz go, gdyż nie przepada za atencją. Ma lekcje indywidualne.
- I jak, twoim zdaniem. miałbym go przekonać by dał mi lekcje?
 - Może wcale nie będziesz musiał. - dziewczyna uśmiechnęła się zagadkowo.
- Co masz na myśli?
- Nic. Muszę już iść, do zobaczenia później - pomachała mu dwoma palcami po czym odeszła. Dawid stał kilka chwil zastanawiając się nad jej słowami.
Ze  zrezygnowaniem spojrzał na zegarek. Do  następnej lekcji zostało jeszcze pół godziny. Bezwładnie opadł na pobliski stopień, zamknął oczy i oddał się wspomnieniu wpatrzonych w niego szarych tęczówek.
Gdy usłyszał dzwonek wstał niechętnie i udał sie na następną lekcję. Na jego nieszczęście był to francuski co oznaczało, że spotka się z kolejnym znienawidzonym nauczycielem.
Pani Pączek wtoczyła się do klasy, wszyscy jak na zawołanie ucichli i wstali. Ta kobieta uchodziła w szkole za istnego potwora i budziła strach nawet u największych twardzieli. Z rozmachem odsunęła krzesło i usiadła. Rozbrzmiało głośne westchnięcie, wszyscy wiedzieli co się szykuje.
- Mam dość tych gimnazjalistów…
Podparła głowę tłustymi rękoma zaczynając masować sobie skronie. Kilka uczennic spojrzało z odrazą na jej niestarannie wykonany makijaż, który wręcz spływał jej po twarzy.
- Wyobrażacie sobie, że ta rozpieszczona Ogórkówna wyjęła mi na lekcji telefon i jeszcze bezczelnie kłóci się, że nie odda. - kontynuowała po chwili zaczynając grzebać w swojej wielkiej, czarnej torebce. - Idźcie ktoś po dziennik.
Wyjęła notatnik, położyła na stole po czym odłożyła torbę na podłogę. Jedna z uczennic, śliczna, niziutka szatynka wstała z miejsca i wyszła z sali na poszukiwanie dziennika.
- Jestem po prostu zdumiona. Jeszcze ta Szarczykówna mi pyskowała, że zaległej kartkówki nie napisze, bo nie wiedziała. Idealna Wielka Trójca razem z Kosmykówną. Muszę zadzwonić do jej matki bo znowu do szkoły nie chodzi.
 Klasa słuchała jej co lekcyjnych wywodów w duchu współczując biednym gimnazjalistom a w szczególności "Wielkiej Trójcy" na którą kobieta się uwzięła. Ariel oparł twarz na dłoni i wyjrzał przez okno. Z sali14g rozciągał się widok na pustą ścianę przeciwległego budynku sali gimnastycznej i parking dla nauczycieli. Spojrzał na miejsce pod ogrodzeniem gdzie uczniowie zwykli pozostawiać swoje rowery i o mało nie zachłysnął się powietrzem. Ten sam chłopak którego wcześniej widział pod drzewem, właśnie odpinał jasnoczerwony rower. Gdzieś w myślach pojawiło mu się porównanie do rusałki. Brunet wskoczył na rower i odjechał znikając mu z pola widzenia.                     
 - Ej. - usłyszał cichy szept siedzącej obok koleżanki. Potrząsnął głową i spojrzał na zdenerwowaną nauczycielkę. W klasie trwała cisza, wszyscy patrzyli się na niego.
 - Dawid, powtórz co powiedziałam.- wstała.
Chłopak skrzywił się lekko.
- Nie wiem pani profesor.
- Cudownie. Jeszcze wy. Ja dla was wszystko robię by wam było jak najlepiej a wy co? Może ja też będę mieć tak wszystko gdzieś jak wy? Żeby brzydko nie powiedzieć. - wzięła długopis i wpisała szybko niedostateczny. - Idź poszukać Ani.
Blondyn ze zrezygnowaniem wstał, idąc na poszukiwanie zaginionej koleżanki.
Pozostałe lekcje minęły równie nieprzyjemne jak dwie pierwsze. Mimo, ze nie zlapal juz żadnej złej oceny miał żal o to, ze Klaudia zostawiła go na pastwę losu, nie przychodząc na pozostałe lekcje. Gdy zadzwonił ostatni dzwonek jako pierwszy wypełznął z klasy mając nadzieje, ze ten dzień skończy sie równie szybko co się zaczął. Jego zdziwienie nie miało końca gdy w drzwiach wejściowych wpadł właśnie na swoją przyjaciółkę.
- Gdzież ty była?! - ofuknął ja, ta jednak uciszyła go machnięciem ręki.
- Wyjaśnię ci po drodze. Teraz chodź, nie chcę żeby Labda mnie widziała.
- To ta od artystycznych? - spytał juz półszeptem, posłusznie idąc za rudowłosa.  Ku jego zdziwieniu zamiast tradycyjnie w stronę rynku, skierowała się na planty.      
- Taak. Nie było mnie bo kończyłam edytować te sesje zdjęciowa dla niej. Teraz musze ja wywołać.                                         
Klaudia miała talent do fotografii, co nie umknęło uważnemu oku plastyczki. Juz od gimnazjum pomagała jej rozwijać pasje, dzięki czemu rudowłosa miała na koncie kilkanaście nagród w ogólnopolskich konkursach fotograficznych.                             
- Och. - mruknął pod nosem blondyn. - Wiec rozumiem, ze ciągniesz mnie do najbliższego fotografa, bo nie masz jak tego zrobił?                                            
- Mylisz się. - zatrzymała sie na środku drogi odwracając sie do niego przodem. - Załatwiłam ci korki.                                                
- Ze co proszę? - Dawid stanął jak wryty. Nie wiedział, ze Klaudia się do tego posunie.                                          
- Ten uroczy gentleman stojący pod tamtym dębem sie tobą zaopiekuje. - mówiąc to zachichotała dwuznacznie i wskazała na potężne drzewo na środku parku.       
Dawid spojrzał w kierunku, który pokazywała mu przyjaciółka i aż zachłysnął się powietrzem. O drzewo nonszalancko opierał się chłopak, którego miał okazje już dwukrotnie tego dnia zauważyć. Z lekkim zawstydzeniem stwierdził, że w świetle zachodzącego słońca wyglądał jeszcze piękniej niż rano. Obrócił się w strony przyjaciółki aby odwołała jego korepetycje jednak ta zdążyła się ulotnić.

- Ech, raz kozie śmierć - powiedział cicho i ruszył w kierunku swojego nowego nauczyciela.

środa, 21 stycznia 2015

Wybrany: Anioły i Demony - prolog

     Nastawał blady świt, ciepły, letni wiatr delikatnie muskał kłosy zboża. Gęsta mgła powoli zaczęła opadać, zostawiając na roślinach przejrzyste krople rosy. Poranną ciszę przerywało skrzypienie zardzewiałej huśtawki połączone z szumem drzew i radosnym śpiewem ptaków ogłaszającym nadejście dnia.
             Piętnastoletni chłopak siedział na starej huśtawce kołysząc się w rytm wiatru, który rozwiewał jego długie, czekoladowe włosy. W dłoniach trzymał źdźbło pszenicy, nerwowo skubiąc pojedyncze ziarna, aby rzucić je gromadce głodnych kruków. Ptaki zawzięcie walczyły o pożywienie, brutalnie rzucając się na siebie.
             Gdy w końcu zboże zniknęło mu z dłoni, skrzyżował ręce na piersi i wzdrygnął się lekko. Krótki rękawek czarnej, przemoczonej koszulki z motywem Eddiego, kultowej maskotki brytyjskiego heavymetalowego zespołu, nie chronił zbyt dobrze przed zimnem minionej nocy.
             - Długo masz zamiar tak jeszcze siedzieć? – odezwał się niski, znudzony głos, dobiegający spod rosnącego nieopodal drzewa lipy.
             - Zamknij się Arielu. – warknął poirytowany – Nie masz nic lepszego do roboty?
             Ariel wyszedł z cienia drzewa, depcząc żarzący się niedopałek papierosa. Jego długie, blond włosy błyszczały w świetle porannego słońca. Podszedł do przemarzniętego chłopaka. Ściągnął swą skórzaną kurtkę i okrył nią jego ramiona, po czym rozejrzał się, mierząc chłodnym spojrzeniem pola otaczające opuszczony placyk.
             - Przeziębisz się. – rzucił niedbale nadal na niego nie patrząc.
             Ciemnowłosy zacisnął pięści na połach kurtki, następnie wymamrotał:
             - Co cię to może obchodzić?
             - To moja praca.
             Chłopak zrzucił kurtkę na pełną błota ziemię, po czym zdenerwowany wcisnął ręce w kieszenie podartych jeansów i wstał. Ariel westchnął i zapalił kolejnego szluga kręcąc głową z poirytowaniem.
             - Nie prosiłem się o to, chciałem tylko odzyskać mamę! – zdenerwowany podszedł do roweru, potrząsając głową, aby ukryć cieknące ze szmaragdowych oczu łzy.
             - Pawle, to ani moja, ani twoja wina. Ta Łaska została ci nadana przez Pana, podobnie jak imię na chrzcie. Teraz powinieneś…
             - Ale jakim kosztem?! – wykrzyknął odwracając się przodem do blondyna i rozkładając ręce w prowokującym geście. – Ariel, zrozum, nie potrzebuję ciebie, ani innych aniołów, nie chcę już nikogo tracić!
             - Za kilka lat staniesz się jednym z nas, potężniejszym niż którykolwiek. Dlatego póki co muszę cię chronić. Zło nie śpi. – odparł spokojnie Ariel dopalając papierosa.
             - Już to słyszałem…
             Paweł spuścił głowę i wsiadł na rower.

             - Powinieneś to wiedzieć. – wyszeptał odjeżdżając w stronę wschodzącego słońca. W stronę domu. 

Ogłoszenia parafialne~!

Witajcie~!

Pragnę oświadczyć, że Blednąca Czerń zostaje <ponownie> reaktywowana. :3
Tym razem jednak pragnę powitać Wronusię, która oficjalnie stała się drugim autorem tego bloga. Co za tym idzie, od teraz nie będziecie musieli czytać jedynie moich wypocin. Co więcej dojdą opowiadania, których autorkami będziemy my obie. Do takich będzie należeć między innymi seria "Wybrany: Anioły i Demony" nad którą aktualnie pracujemy.

Co się zmieni?

• Na pewno notki będą się pojawiały znacznie częściej. X'D Ta cholera <bez obrazy Wronuś, kc> nie pozwoli mi się obijać.

• Publikowana będzie głównie fantastyka / horror, co nie oznacza, że odejdziemy od yaoistycznych klimatów. Keep calm and wait!


Zmienił się również wygląd bloga, jest jaśniejszy i myślę, że bardziej przejrzysty.

Co sądzicie? Może sami macie jakieś pomysły / życzenia? :3




Taka & Wrona


czwartek, 10 lipca 2014

Reincarnation [Reituki]

Beta: Asu-senpai, dziekuje~

Na początek, aby lepiej się wczuć:
Soundtrack 1:

Soundtrack 2:

***

"Japończycy, którzy chcą się zabić, wybierają gęstwinę pod Fuji"

Młody, na oko 18-letni chłopak zatrzymał się tuż obok owianego złą sławą lasu Aokigahara. Przebył tu prosto z Yokohamy w jednym celu.
Nerwowo chodził w kółko tuż obok bram wejścia do lasu. Powiadają, że samobójcę rozpoznać można już na pierwszy rzut oka po jego zachowaniu. Lecz tutaj... Nie było nikogo, kto mógłby go poznać. Nikogo, kto mógłby pomóc. Nawet patrol policji nie zjawił się o tak później porze. Młodzieniec zdany był jedynie na siebie i swój własny rozsądek. A może jego brak?
Przystanął na moment przy jednej z drewnianych tabliczek ostrzegawczych, postawionych przez miejscowe władze. "Twoje życie jest cennym darem od Twoich rodziców, pomyśl o swoim rodzeństwie i dzieciach." głosiły wypisane na niej znaki. Blondyn parsknął śmiechem.
"Jeśli myślą, że powstrzyma mnie to od zamachu na życie, to grubo się mylą." pomyślał.
Powoli ruszył główną ścieżką w głąb lasu, rozmyślając o swoich dotychczasowych przeżyciach. Nigdy nie miał depresji. Nie ciął się, nie podpalał, nie miał żadnego zaburzenia. Co więc skłoniło go do tak odważnego czynu? Akira był w końcu przystojny, inteligentny, zabawny. Posiadał dużo znajomych, kochającą rodzinę. Grał w zespole, jeździł na harley'u, chodził na siłownię. Kończył jedną z najlepszych szkół w prefekturze. Można powiedzieć, że wygrał życie.
Gdy las po jego obu stronach zaczął gęstnąć zatrzymał się. Z kieszeni jeansów wyciągnął pomięte zdjęcie, na którym widniał na oko 16-letni chłopiec o drobnej posturze, delikatnych rysach twarzy i blond włoskach. Szeroki uśmiech wskazywał, że w chwili zrobienia zdjęcia był szczęśliwy. Ubrany w białe ciuchy przypominał lekko buntowniczego aniołka.
Przez usta osiemnastolatka przemknął cień uśmiechu, jednak zniknął równie szybko, co się pojawił. Przybliżył zdjęcie do swojej twarzy, następnie złożył na nim delikatny pocałunek.
- Przepraszam, Takanori... - wyszeptał. - Kocham cię, bardziej niż ktokolwiek kochał. Naprawdę nie chciałem, aby to się tak zakończyło, ale...
Skręcił w prawo. Powoli ruszył w gęstwinę, z każdym krokiem coraz bardziej zgłębiając się w labirynt drzew i krzewów.
- ...nie mam innego wyboru.
Z nieba zaczął padać deszcz. Blondyn ponownie schował zdjęcie, nie chcąc, aby uległo zniszczeniu, choć wiedział, że z biegiem czasu stanie się to nieuniknione. Bolał go ten fakt. Chciał, aby Takanori był szczęśliwy, jak w chwili, gdy zrobił mu to zdjęcie. Dlatego chciał, aby trwało w stanie idealnym przez miesiące, lata, czy nawet wieki po jego śmierci. Tuż przy jego ciele.
W powietrzu dało się wyczuć odór zgnilizny. Doszedł do alei wiszących ciał. W nocnym świetle księżyca, które prześwitywało przez korony drzew, wydawały się jeszcze bardziej złowieszcze, upiorne, jak i tajemnicze czy delikatne zarazem. Pozapadane oczodoły wydawały się wpatrywać w jego osobę, zapraszając ją do ich świata. Świata bez zmartwień, trosk. Błogiej, wiecznej ciszy. Tam, gdzie wszystko jest idealne.
W końcu, każdy z nich miał rodzinę. Każdy prowadził normalne życie, podobnie jak on. I każdy miał powód, aby odejść. Uciec od brutalnej rzeczywistości, klęsk, mniejszych lub większych niepowodzeń. A może chcieli umrzeć godnie, podobnie jak dawni samurajowie popełnić coś na podobieństwo harakiri?
Wbrew tradycji, Akira wiedział, że godna śmierć nie istnieje. Można godnie żyć, ale nie umrzeć.
Chcąc okazać szacunek wisielcom, chłopak złożył pokłon w ich stronę, po czym ruszył w przeciwnym kierunku. Nie chciał, aby widzieli, jak umiera.
Zatrzymał się przy jednym z wyższych drzew. Z plecaka wyciągnął gruby szur, który zarzucił na jedną z gałęzi i przywiązał solidnie. Następnie wszedł na głaz umiejscowiony tuż pod nią. W dłonie ujął koniec sznura, zabójczą pętlę, którą nałożył na swą szyję. Po raz ostatni rozejrzał się wokół. Spojrzał w niebo, na którym dostrzegł Oriona, ulubioną konstelację jego kochanka. Może on również wpatrywał się właśnie w niebo, które mimo przelotnego deszczu zachowało swą czystość? Srebrzysta poświata oświeciła jego twarz. Nie było jeszcze za późno. Mógł zrezygnować. Jednak nie zrobił tego. Ścisnął w dłoni zdjęcie ukochanego, a po chwili skoczył.
Sznur zakleszczył się na jego szyi. Chłopak zacisnął mocno powieki. Nie mogąc zaczerpnąć powietrza. wydał ostatnie tchnienie.
- K-kocham cię, Taka... - wykasłał.
Rzucał się na boki jeszcze przez kilka minut. Dłużej nie mógł. Wskutek ucisku na tętnice szyjne został przerwany dopływ krwi do mózgu. Niedługo po tym nastąpiło przerwanie rdzenia kręgowego, co skutkowało natychmiastowym zgonem chłopaka.
Jego głowa bezwładnie opadła w dół. Wzmagający się wiatr lekko kołysał martwym ciałem. Morze Drzew pochłonęło kolejnego nieszczęśnika, który zginął poprzez nieszczęśliwą miłość...

***
[Takanori]

- Są jakieś wieści?
- Nadal nic. Takanori nie dramatyzuj, on jest pełnoletni. Po prostu uciekł, chciał zacząć żyć na nowo, daleko stąd. Nic mu nie jest. Znam go. - jego siostra jak zwykle próbowała mnie spławić tą samą gadką. Tym razem jednak nie drążyłem tematu i pozwoliłem jej wyjść.
Minął już ponad miesiąc od zniknięcia Akiry. Zostawił wszystko, wziął motor i po prostu odjechał. To nie było w jego stylu. Zawsze wracał po maksymalnie 3 dniach. Czułem w kościach, że coś mu się stało, coś jest nie tak.
Wiedziałem, że zrobił to z mojej winy.
Przed tym wydarzeniem pokłóciliśmy się. Nie była to zwykła kłótnia. On... On mnie zdradził. Z dziewczyną, na imprezie. Przespał się z nią, niczym z tanią dziwką. Wykrzyczałem mu w twarz najgorsze obelgi, jakie tylko znałem, mimo to w głowie utkwił mi jeden, jedyny dialog, przez który nocami nie mogłem spać:
"- A więc, co twoim zdaniem mam teraz zrobić?
- Najlepiej to idź się zabij, siebie i tę zdzirę!"
Wyszedłem na zewnątrz. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, siedzieć bezczynnie. Na własną rękę przeszukałem okolicę, jednak bez większego skutku. Próbowałem dzwonić, wysyłałem smsy... Wszystkie starania na nic, przepadł jak kamień w wodę.
Na spacer wybrałem zwyczajową trasę poprzez park, do którego często zabierał mnie Akira. O tej porze roku wyglądał przepięknie. Brukowana aleja przyozdobiona była płatkami kwiatów wiśni, które namiętnie obsypywały ją różowym deszczem. Ptaki wesoło ćwierkały wśród ich konarów, natomiast kaczki z radością rozpoczynały swój okres lęgowy. Powietrze po deszczu było rześkie i wilgotne. Nic nie wychodziło poza granice normalności, poza jednym, malutkim szczegółem.
Gdy przycupnąłem na ławce, aby pogapić się na uprawiające miłość kaczki przy jeziorze, jeszcze raz przeanalizować sytuację i zebrać myśli, do moich uszu dobiegł cichy pisk. Normalnie zignorowałbym taką błahostkę, gdyby nie fakt, że dobiegało z pozostawionego zaraz tuż obok ławeczki kartonowego opakowania. Chcąc czy też nie, ciekawość wzięła górę. Przesunąłem się na sam skraj drewnianego siedzenia, pozwalając, aby starte krople deszczu wsiąknęły w moje spodnie, następnie delikatnie podniosłem pudełeczko i położyłem na swoich kolanach. Powoli rozchyliłem wieko, a widok jaki ujrzałem wprost chwycił mnie za serce. Przez moment zapomniałem o Akirze. 
Na dnie pakunku leżał maleńki kotek. Powoli wyciągnąłem z niego kocię i przytuliłem do piersi. Idealnie mieścił mi się w dłoniach. Na oko miał może nieco ponad miesiąc. 
- Kto cię tu zostawił, kochany? – wyszeptałem przyglądając się zwierzątku, które uchyliło oczka i przypatrywało się mojej osobie z zaciekawieniem, jak i strachem. 
Kolor sierści miał czarny, natomiast wokół pyszczka posiadał „obręcz” koloru białego, która przypominała założoną na nos opaskę. Uśmiechnąłem się smutno. Wzrok miał lekko urwisowaty, lecz poczciwy, tęczówki koloru czystego nieba. 
Kociak wierzgał niespokojnie nogami, chcąc bardziej wtulić się w mój tors w poszukiwaniu ciepła. Był wyziębiony i najprawdopodobniej głodny. Okryłem go bluzką, po czym wstałem, udając się następnie w drogę powrotną. 
- Nazwę cię… Aki. 
Po powrocie do domu od razu zająłem się Akim. Tak też minęły mi kolejne 2 miesiące. Rodzina Akiry nareszcie poszła po rozum do głowy i zleciła jego poszukiwania. Otrzymał status zaginionego. Poszukiwała go policja w całym kraju, jednak nadal bez skutku. 
Oczywiście ja również je prowadziłem. Na własną rękę, ale cóż... Inaczej się nie da. Aki towarzyszył mi przy każdej podróży. Został ochrzczony pierwszym kotem tropiącym. 
Naszym kolejnym celem była Aokigahara. Las samobójców. Długo zwlekałem z tym miejscem, obawiając się najgorszego, lecz w końcu trzeba było się przełamać. To trwa zbyt długo. 
Wybraliśmy się tam wczesnym rankiem, aby ominąć straż, czy spojrzeń niepożądanych osób. Las spowity był gęstą mgłą. Ciszę przerywały jedynie moje kroki. Podszedłem do ostrzegawczej tablicy na początku ścieżki i pogrążyłem się w chwilowej zadumie. Byłem tutaj wcześniej dwa razy. Według przesądów trzeci wraca się tylko z jednego powodu… 
Kot zwinnie zeskoczył z mojego ramienia na grząskie podłoże. Zamiauczał coś, najwyraźniej do siebie, niezadowolony, po czym nagle gwałtownie się ożywił. Jak rażony piorunem pobiegł w stronę lasu, przez co zmuszony byłem również zagłębić się w gęstwinę, chociażby w poszukiwaniu ukochanego pupila.
Ku mojemu zdziwieniu zwierzak nie zboczył od razu z głównej ścieżki. Szedł wolnym, wyrafinowanym krokiem z dumnie uniesionym do góry ogonem, co parę chwil sprawdzając, czy aby na pewno podążam za nim.
Po około piętnastu minutach marszu, Aki zatrzymał się, następnie pomrukiem zakomunikował zejście ze ścieżki. Skierował się na prawo, co powtórzyłem po nim niczym cień. Nie mam pojęcia co skłoniło mnie do chodzenia po lesie pełnym zmarłych dusz za kotem, który nawet 1/4 życia nie przeżył.
Nagle potknąłem się o konar drzewa, co skutkowało upadkiem. Niemalże przygniotłem zwierzaka, który w porę odskoczył w bok, przeraźliwie miaucząc. Już miałem się wyzbierać, jednak to co ujrzałem po rozchyleniu powiek odebrało mi władzę w ciele. Wisielce (dop. bety - nie wiem jak zamienić to słowo… Teoretycznie tak się nie mówi ani nie pisze, ale innego zamiennika nie mam, więc… Niech tak będzie :3). Prawdziwa aleja wisielców. Fetor rozkładających się ciał zaczął drażnić moje nozdrza. Ciała kołysały się lekko w rytm wiatru. Co niektóre oświetlane przez promyki wczesno porannego słońca zdawały się przemawiać do mnie, hipnotyzować.
"Chodź do nas" przemknęło mi w myślach. Zerwałem się na równe nogi, starając się wycofać.
- Akira - zawołałem w kierunku kota, który nadal przyglądał się zmarłym.
Odwrócił się w moim kierunku, następnie zaczął wycofywać. Jednak zamiast iść w kierunku drogi, udał się jeszcze głębiej w las. Poszedłem za nim.
Zauważyłem wielkie, stare drzewo. Na jego widok mój pupil zaczął wariować. Obiegł je wokół i zatrzymał się, najwyraźniej, po drugiej stronie. Bojąc się tego co tam ujrzę, powoli ruszyłem w tamtym kierunku.
Widok powalił mnie na kolana.
Akira.
Mój Akira...
A raczej jego powoli rozkładające się ciało. Nawet nie spostrzegłem, gdy znalazłem się na ziemi zalany łzami. Pod jego ciałem leżała moja fotografia sprzed roku. Z naszej pierwszej, oficjalnej randki. Była już zniszczona, jednak moja twarz nadal była doskonale widoczna.
- Akira... – wyszeptałem, kierując swe spojrzenie ku ciału. - Pamiętasz...? Wtedy... Wtedy obiecałeś, że będziemy już zawsze razem... Że mnie nie zostawisz... A jednak... Jednak to zrobiłeś...
Nawet nie zauważyłem, gdy przy mnie znalazł się kot. Wpatrywał się we mnie swoimi błyszczącymi, szafirowymi oczami. Powoli wspiął się na moim torsie, aby zlizać z mojej twarzy cieknące strumieniami łzy.
"Jestem przy tobie, cały czas..." przemknęło mi przez głowę. Ponownie spojrzałem to na zwierzaka, to na martwego ukochanego.
Czyżby teoria z reinkarnacją okazała się prawdziwa...?
Pociągnąłem nosem i skinąłem głową w jego kierunku. Rozsunąłem plecak. Wyciągnąłem z niego najmocniejsze leki nasenne, jakie udało mi się dostać wraz z wodą. Ułożyłem się wygodnie pod drzewem, następnie wysypałem na trzęsącą się dłoń garść tabletek.
- No to... Raz się żyje...
Wziąłem wszystkie na raz i popiłem wodą. Głaszcząc kota czekałem. Czekałem na sen, do którego kołysanką było jego mruczenie. Mruczenie Akiry.

***

- Czas zgonu?
-  Dwa tygodnie temu, około szóstej nad ranem. Przedawkował leki.
- A ten drugi? Wisielec?
- Z trzy i pół miesiąca temu, na oko. Kiedy dokładnie wykaże sekcje.
- Wiesz co, Masashi? Żal mi ich...
- Nic nie zrobisz, Meiko. Gejowska miłość jest bez przyszłości.


Czy aby na pewno?

Dwa koty splotły swe ogony, przyglądając się oczyszczaniu Aokigahary z ciał osób, które targnęły się w nim na swe życie.

愛は死んだことはありません。


***
Krotka rozgrzewka przed Satanista. Co sadzicie? :3

czwartek, 3 lipca 2014

Only 8 days...

Dobry wieczór Misie~

Zaniedbuję Was ostatnio jeśli chodzi o opowiadania. Wiem to i przepraszam! Nie bijcie... *zasłania się książką* :<
Możliwe, że wkrótce dodam rozdział I see fire, jakiegoś shota oraz prolog nowej partówki. To pierwsze mam już skończone w zeszycie, ale mam jakąś blokadę która nie pozwala mi przepisać. D':

Zresztą, z każdym dniem coraz trudniej mi skupić się na czymkolwiek, ponieważ

koncert
już
za
8 DNI!

W łapkach mam już bilety. Nadal nie mogę uwierzyć, że zobaczę Jamesa Hetfielda, Kirka Hammeta, Larsa Ulricha i Roberta Trujillo na żywo!

Dosłownie  p ł a c z ę!

Ale nie o tym miałam pisać.
Mianowicie planowałam pochwalić się pierwszym w zyciu skończonym fanartem, a więc:


Ruki również jest podekscytowany zbliżającym się koncertem. Randomowe tło z Tumblr'a, ponieważ nie chciało mi się go rysować / moja teczka z niedokończonymi rysunkami chce mnie zjeść (niepotrzebne skreślić).
Z lekka nieanatomiczne, wiem. Ale poprawię się, przysięgam! T^T
Hmm... Co sądzicie? 


Na koniec reklama mojego nowego dA, na którym postaram się wszystko publikować, aby nie zaśmiecać tak bloga. -> KLIKNIJ




Tak na dobranoc. ♥

niedziela, 1 czerwca 2014

Ruki neko version + krótki przynudzający monolog Taka-chan'a

Hello! ( ´ ▽ ` )ノ

Witajcie w ten jakże piękny, czerwcowy już wieczór~
Pewnie zauważyliście już jakiś czas temu opustoszoną zakładkę "Rysunek", przez którą nawet kreskówkowy krzaczek preriowy nie raczy się przewinąć. Ale dziś nastał dzień, w którym Taka-chan postanowiła to zmienić, o! 
Pogwiazdorzę trochę i pochwalę się postępami z najbliższego roku.

A więc, Ruki skończony w dniu dzisiejszym: 


















Musicie mi wybaczyć jakość. Mój telefon robi tosterowe zdjęcia. ._. 
Generalnie mi się podoba, to mój pierwszy rysunek kredkami od baaardzooo długiego czasu. Aczkolwiek nie jestem zadowolona z włosów, które układają się nienaturalnie oraz tła które mimo usilnych prób nie jest jednolicie czarne. Najlepiej wyszła twarz, pomijając usta, których kredkami WRĘCZ NIENAWIDZĘ rysować. XD 

Użyte materiały: ołówek automatyczny 0,5 mm do szkicu, kredki derwent artist + czarna kredka lyra

No to teraz do porównania Reita z przełomu marca z kwietniem 2013. Aż wstyd mi go teraz pokazywać, huh! XD 



















Voilà!
Krótko mówiąc - lol. Śmiać mi się chce jak teraz na niego patrzę. No ale... Myślę, że widać postępy po rocznej pracy. I mam nadzieję, że za kolejny rok znów będę robić takie porównanie, które wyjdzie jeszcze lepiej!


Teraz kwestia organizacyjna. Mam zaczętych bardzo dużo fanficków i nie mogę się zdecydować, który pisać jako pierwszy. Przez to wszystko się mi pląta. Dlatego stworzyłam taką o, ankietę, abym to nie ja musiała decydować. Do wyboru: 1 rozdział I see the fire, 2 rozdział Satanisty, one shot Reituki, Not time to cry [1/3], one shot z innym paringiem, tasiemiec z innym paringiem bądź subtelne danie mi do zrozumienia, że piszę totalnie beznadziejnie (do tego będzie pewnie najwięcej). ^^" Własne opowiadania fantasy póki co pozostawię dla siebie. Nie jestem gotowa na ich publikację.
Ankieta będzie działać do czwartkowego wieczora. Wtedy określę kolejność, ewentualnie nie napiszę nic. ,__,

Noo... To chyba tyle z mojej strony. 
Miłej nocy! 

czwartek, 29 maja 2014

I see the fire - PROLOG

Beta: Asu-san, dziękuję ♥ ;n;
Nowy tasiemiec, tym razem całkowicie w stylu fantasy. Tymczasem na Satanistę weny nie mam w ogóle. 3: Podobają wam się ff w takim stylu? Bo jestem ciekawa, czy  zacząć pisać również inne paringi. ;w;
***


Zaparzyłem popołudniową herbatę i ukroiłem kawałek ciasta owocowego, po czym skierowałem się w stronę salonu, cicho pogwizdując jakąś skoczną melodię zasłyszaną w radiu. W drodze do mojego ukochanego fotela wyjrzałem przez okno, tęskno wypatrując ukochanego. Akira wyjechał już dobry tydzień temu i do tej pory nie wracał. Nie powiem, martwiłem się o niego dość porządnie. Od czasu wybuchu elektrowni w Fukushimie świat się zmienił, a życie nie było już tak proste i bezpieczne jak dawniej. Westchnąłem cicho. Przy okazji zgarnąłem z parapetu książkę, którą usilnie studiuję od kilku dni. Rozsiadłem się w fotelu, odłożyłem deser na stoliczek przed sobą i zabrałem się za lekturę, wsłuchując się w ciche tykanie zegara.
***
Wybiła czwarta po południu. Herbata w filiżance zadrżała lekko. Ten drobny, prawie że nie zauważalny ruch sprawił, że podniosłem głowę znad książki. Od pewnego czasu byłem aż przesadnie wyczulony na takie rzeczy. Nagle wszystko zatrzęsło się, a z zewnątrz dobiegł rozdzierający uszy ryk. Momentalnie pokój ogarnęła ciemność, jakby ktoś przysłonił na chwilę słońce. Zerwałem się i szybko wybiegłem na podwórko, po drodze biorąc z wieszaka grubą kamizelkę z skóry norek. Po wyjściu podniosłem głowę, od razu omiatając wzrokiem niebo.
- Koron-chan! – krzyknąłem zdenerwowany w przestworza. Do moich uszu dobiegł dźwięk trzepoczących skrzydeł. Cofnąłem się kilka kroków w tył. Niebo przecięła łuna ognia. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Po chwili wylądował przede mną młody spiżobrzuch ukraiński.

Witam w moim świecie.

Na co dzień od ponad dwóch lat zajmuję się hodowlą różnych ras smoków. Krótko mówiąc – zawodowo jestem smokologiem. A Koron jest moim nowym podopiecznym. Imię otrzymał po moim starym psie, który, eghem… Przez czysty przypadek stał się elementem jego śniadania. Może to zabrzmi jakbym nie miał serca, jednakże owa sytuacja była idealnym pretekstem do zatrzymania tego smoczka na stałe!
Podszedłem do niego i obszedłem wokół upewniając się, czy nic go nie zraniło. Nie często wydawał jakiekolwiek odgłosy (smoki między sobą porozumiewają się telepatią), a gdy już to robił, chciał mnie o czymś poinformować. Zwykle były to komunikaty o tym, że jest głodny, spragniony albo po prostu coś go zraniło. W szczególności obawiałem się polujących gdzie popadnie łowców, gdyż łuska tych stworzeń była niezwykle cennym towarem na czarnym rynku. Nikt nie pogardziłby też kością, kłem czy śluzem z nosa, dość często używanych w obrzędach magicznych bądź alchemii. Choć w okolicach Miyazaki było dość spokojnie, to nadal wręcz panicznie obawiałem się o życie moich dzieci.
Podszedłem pod jego pysk i spojrzałem w szeroko otwarte, ogromne oko.
- No, Koron. Cóż tym razem? – pogłaskałem go lekko po szczęce. 
Z daleka dobiegł odgłos skrzypiącej furtki. Odwróciłem się. Mój maluszek uniósł głowę i zrobił to samo.  W naszą stronę zmierzał uśmiechnięty od ucha do ucha Akira. Na jego ramieniu siedział Keiji, jego feniks, a w ręce trzymał kurczowo ogromne bladoszare jajo. Od razu pobiegłem w jego stronę. Gdybym tylko mógł rzuciłbym mu się na szyję, jednak tym razem uraczyłem go jedynie namiętnym pocałunkiem w usta. Był nieco poturbowany i brudny, ale w tej chwili liczyło się to, że żył, prawda?
- A jednak ci się udało. – przytuliłem się do jego boku, wbijając wzrok w jajko, które trzymał.
- Gdyby nie on – skinął głową w stronę feniksa – nie jestem pewien czy bym przeżył.
- Dlaczego? – zapytałem, przenosząc wzrok na ptaka, który dumnie oderwał się od jego ramienia, szybując w stronę domu.
- Opowiem ci, gdy wejdziemy do środka. Jestem głodny jak wilk.
Oderwałem się od niego i szybko poczłapałem w kierunku werandy. Akira wyraźnie utykał, jednak mimo to, w miarę dorównywał mi kroku. Zerkałem na niego zmartwionym wzrokiem.
- Nie martw się, to nic. – odparł, gdy zauważył moje spojrzenie. Speszyłem się lekko.
Otworzyłem drzwi prowadzące do środka i przepuściłem ukochanego w nich. Sam wszedłem dopiero po upewnieniu się, że okolica jest czysta. Przezorny zawsze ubezpieczony…

Ściągnąłem z siebie kamizelkę, wieszając ją zaraz obok Akirowego płaszcza, który w jakiś sposób zdążył się w tym czasie pozbyć i odwiesić na miejsce. Samego chłopaka zastałem w kuchni, co nie zdziwiło mnie ani trochę. Odgrzewał sobie mój dzisiejszy obiad, to znaczy kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z ryżem. Dodatkowo zniknęły resztki ciasta z owoców leśnych. Ach, ten mój kochany żarłok. 
Usiadłem przy stole, podparłem głowę dłonią i wlepiłem wzrok w jego plecy.
- Jajko leży w salonie. – mruknął, zerkając na mnie kątem oka. Machnąłem ręką.
- Mniejsza już z jajkiem. – odpowiedziałem.
- Od kiedy to? – podszedł do mnie, skupiając się na jedzeniu. Rozsiadł się obok cały czas mnie obserwując.
- Och, weź przestań, skarbie. – przysunąłem się bliżej i poczochrałem mu jego blond włosy. – Ty jesteś dla mnie ważniejszy. A więc? Co się wydarzyło w trakcie drogi?
- Wyjmij mi piwo, proszę.
- Akira…
- No dobrze, dobrze. Podróż przebiegłaby bez problemów, gdyby w Bursztynowym Lesie nie pojawili się Szaracy.
Zamarłem w bezruchu. Przez pewien czas w kuchni było słychać jedynie tykanie zegara, mój oddech i przelotne mlaśnięcia Akiry. Przygryzłem wargę, niepewnie zaczynając:
- Co… Co ci zrobili?
Odsunął od siebie pustą już miskę. Spojrzał na mnie i przetarł usta serwetką.
- Dostałem strzałą w bok i ramię. Głębokość około cala, a grot zatruty. Gdyby nie Keiji nie doczekałbyś się ani mnie, ani jajka, ani wieczornego seksu. – lekko dźgnął mnie w bok.
- A ty tylko o jednym… - mruknąłem, wywracając oczyma – A to?
Wskazałem na pokaźną szramę na jego policzku, która wyglądała na świeżą.
- Aaa, too… Nieważne. Dostałem gałęzią w twarz.
Parsknąłem śmiechem. Zawsze rozbawiała mnie ta jego niezdarność w niektórych kwestiach.
- A gdzie Ruby? – spytałem po chwili. Dopiero teraz zorientowałem się, że nie przyprowadził ze sobą klaczki.
- Nie miała już tyle szczęścia co ja… - westchnął pod nosem i wstał – Ona dostała z palnej.
Odwróciłem wzrok do okna. Akira podszedł do lodówki, otworzył ją i wyjął dwa piwa, po czym wrócił na swoje miejsce. Otworzył jedno z nich, uważnie się mi przyglądając.
- Chciałbym ją przynajmniej jakoś pożegnać… - mruknąłem, obserwując przez szybę śpiącego Korona.
- No way, kochanie. Prawdopodobnie zabrali  jej ciało. – objął mnie ramieniem – Nie smuć się, Takanori. Proszę.
- Wiesz, że nadal ciężko mi się przystosować do ciągłych ofiar… Trochę mi brak tamtego życia.
- Brak ci zdzierania gardła każdej nocy i ukrywania się z naszym związkiem? – popatrzył na mnie sceptycznie, następnie upił spory łyk gorzkawego trunku. – Nie pierdol.
Podsunął mi pod nos drugą puszkę. Posłusznie ująłem ją w łapki i otworzyłem.
- To inaczej. Mam dość życia w ciągłym strachu, że możemy stracić wszystko bądź samemu zginąć. – poprawiłem się.
- To już co innego. Wiesz…  Głównym problemem są ci z Zaćmienia… Ale ich nie sposób pokonać, mają przewagę liczebną nad Stowarzyszeniem Magów. Zresztą mają tysiące lat doświadczenia, podczas gdy biała magia na nowo zaczęła się rozwijać dopiero trzy lata temu. Stoimy na przegranej pozycji.
- Mamy kilku szpiegów u nich, więc…
- Jedynie wśród handlarzy. – bezczelnie przerwał mi w środku zdania. - Szaracy nadal są dla nas ludem mało znanym, choć o nich wiemy najwięcej. A co z Jeźdźcami Cieni, sektą dziwnych stworzeń wyznających Cthulhu, Voldejami, orkami i trollami czy innymi zamieszkującymi tereny samej Japonii? Na świecie jest ich o wiele więcej, Takanori. Nie ma sensu się wychylać, inaczej ludzie całkowicie wyginą. – dokończył stanowczo.
Akira miał rację, o czym doskonale wiedziałem. Jednak nadal trudno było mi się dostosować do teraźniejszej rzeczywistości. On podchodził do tego na totalnym luzie, natomiast ja stresowałem się za każdym razem, gdy podawali wiadomości dotyczące pobliskich rejonów. Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Odstawiłem puszkę z piwem na bok, jakoś uwolniłem z objęć chłopaka i wstałem, kierując się do salonu.
- Gdzie idziesz…?
- Obejrzeć jajo. Muszę wyczuć kiedy mniej więcej nastąpi wyklucie się maleństwa, abym mógł się przygotować. Idź weź kąpiel, skarbie, musisz odpocząć.
Odpowiedzi już nie usłyszałem. Znał mnie wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że w takich momentach jak ten należy zostawić mnie samego ze sobą.
Podszedłem do stworzonego przeze mnie prowizorycznego gniazda, w którym leżała szarawa kulka. Przykucnąłem przy niej. Przez chwilę wpatrywałem się w nią, nie odważając się nawet oddychać. Po chwili przyłożyłem dłonie do jego grubej, aczkolwiek bardzo delikatnej skorupki i pogładziłem ją. Fakturę miało gładką, gdzieniegdzie wyczuwałem podłużne, wklęsłe rysy. Przejrzałem się jeszcze dokładnie jego barwie w miejscach wspomnianych, na pierwszy rzut oka niezauważalnych szram. Były śnieżnobiałe, co oznaczało, że młody smoczek niedługo się wykluje.
Odsunąłem się od gniazda, podszedłem do okna, otworzyłem je i przeszedłem przez nie na taras, który porastał srebrzysto-złoty bluszcz. Podszedłem do barierki i oparłem się o nią. Mimo zbliżającej się zimy powietrze wokół domu było ciepłe, między innymi dzięki oddechowi Korona, który znacznie podnosił temperaturę. Z bluszczu wyfrunął mały chochlik, którego zwykłem nazywać Kouchi'm. Zagnieździł się wraz z rodziną w naszym ogrodzie. Chochliki nie były szkodliwymi stworzeniami, więc wraz z Akirą postanowiliśmy je zostawić.
 Kouchi latał wokół mnie, wykonując w powietrzu jakieś dziwne akrobacje. Zaśmiałem się cicho. To zadziwiające, jak w zasadzie z dnia na dzień życie na całej kuli ziemskiej może się zmienić, podważając wszelkie teorie i fakty dotyczące dotychczasowej egzystencji i rządzących nią praw, wychodząc poza granice zdrowego rozsądku, rzucającego nowe światło na otaczający nas świat. Jednego dnia kochasz się w zaciszu swojego mieszkania z chłopakiem, jesteś gwiazdą sceny muzycznej na skalę światową, drugiego porzucasz to wszystko i uciekasz z nim, aby wędrować po swoim kraju w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia, bo stolicę zaczęli pustoszyć tajemniczy jeźdźcy pozbawieni twarzy, którzy wyszli z wnętrza ziemi. Brzmi nieprawdopodobnie, prawda? A jednak. 
Zaczęło się niewinnie. 11 marca 2011 roku u wybrzeży Honsiu nastąpiło trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera. Zaraz po nim awarii uległy reaktory jądrowe w Fukushimie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że reaktory jeden po drugim zaczęły się... Zapadać pod ziemię. Powstały kilkunastokilometrowe dziury prowadzące do jądra ziemi. Rarytas dla naukowców. Jednak każdy, kto w okresie tygodnia od tego zdarzenia zapuścił się w tamte tereny, już z nich nie wrócił. W tym czasie następowały kolejne niewyjaśnione zjawiska, nie tylko w Japonii, ale i na świecie. Powstało więcej tajemniczych tuneli, z których z czasem zaczęły wypełzać twory rodem z Tolkienowskich powieści, które do tej pory żyły jedynie w książkach i umysłach zagorzałych fanów fantastyki. Część ziemskich zwierząt zaczęła wymierać, pozostałe krzyżowały się przybyłymi, tworząc zupełnie nowe gatunki. Pojawiły się legendarne stworzenia i potwory, w tym smoki, w których bezgranicznie się zakochałem, mimo wcześniejszej niechęci do tego, co "wymyślone". Ale to już inna historia. Na samym końcu zaczęto napotykać tajemnicze postacie przypominające z pozoru ludzi, jednak ludźmi w rzeczywistości nie były.
Zmianom nie uległa tylko fauna planety. W niektórych rejonach klimat uległ diametralnej zmianie, zaczęły rozwijać się nowe rośliny, grzyby… W tym spełniło się moje marzenie posiadania drzewka z czystego diamentu, ha!
Większość ludzi nie dostosowała się do zmian, które zaszły w dość ekspresowym tempie. Wybuchła masowa panika. Niektórzy popełniali samobójstwa, inni ginęli, próbując wytępić nowych mieszkańców. Przez to w ciągu roku liczba ludności zmniejszyła się o ponad trzy czwarte. Ci, którzy przeżyli, zaczęli studiować zasady magii, alchemii, zajmować się handlem bądź hodowlą i ujarzmianiem magicznych stworzeń. Ja i Akira należeliśmy do ostatniej, najmniej licznej grupy.
Nie wiedząc kiedy na tarasie pojawił się ogarnięty już blondyn w samych bokserkach. Przytulił mnie od tyłu, wyrywając tym samym z chwilowego zamyślenia. Wzdrygnąłem się instynktownie, jednak czując subtelny zapach wiśniowego żelu pod prysznic, od razu się uspokoiłem, ufnie wtulając się w jego tors. Akira oplótł mnie rękoma w pasie i przyciągnął do siebie tak blisko jak tylko mógł. Głowę oparł na moim ramieniu.
- O czym tak myślisz, Takuś? – spytał po chwili, bacznie przyglądając się mojej twarzy, która wyglądała aż nazbyt poważnie w tej chwili.
- O wszystkim. – odparłem bez zastanowienia. On wiedział, co mnie trapi, nie musiałem się nie wiadomo jak na ten temat rozwodzić. Chłopak westchnął cicho pod nosem.
- Kochanie… To cię niszczy i nie pozwala cieszyć się pracą, którą, z tego co zauważyłem, wręcz kochasz. – pieszczotliwie pogładził mnie swoim nosem po szyi. Cicho mruknąłem w odpowiedzi. – Chyba wiem, co może cię chwilowo odstresować.
- Czyżby? – odwróciłem głowę tak, aby móc spojrzeć mu w oczy. Zauważyłem w nich charakterystyczną iskierkę, która zawsze towarzyszyła mu, gdy miał ochotę na coś więcej niż tylko przytulanie i pocałunki. Zaśmiałem się w duchu. Tęskniłem za jego bliskością.
- Owszem. A co, już zbrzydł ci stary Suzuki? – złapał mnie delikatnie za pośladek, przez co w pełni się wyprostowałem.
- Stary?  - zachichotałem. – Jesteś ledwo po trzydziestce. A w łóżku z dnia na dzień jesteś coraz lepszy.
- Nie wiem, czy po tak długim czasie nieobecności cię zaspokoję… - wymruczał i wziął mnie na ręce. Posłusznie oplotłem go nogami w pasie. Powoli skierował się w stronę domu.
- Zobaczymy. Choć wątpię, abyś nie podołał temu zadaniu. – odparłem.
- Mhmm…

Weszliśmy do domu. Akira dokładnie zakluczył drzwi i zasłonił rolety, aby nic, ani nikt nie mógł nam przeszkodzić przez resztę wieczora oddawać się przyjemnościom.